mały pies w wielkim świecie
RSS
środa, 24 listopada 2010

No tak. Ogólnie rzecz ujmując, moja psina po urazie kolanka, a więc usmyczowiona na czas długi, psychicznie zaczęła w trybie przyspieszonym wracać do sytuacji z marca, czyli rzucam się na wszystkie psy, dziab dziab dziab! Tym razem jednak prostowanie idzie szybciej, aczkolwiek byłoby miło, gdyby ludzie na moim osiedlu nie posiadali mózgów umiejscowionych w zadniej części ciała zamiast w głowie.

 

Zacznijmy Studium Przypadków Dość Dziwnych od sznaucera średnio-olbrzymiego*. Właścicielami sznaucera są młodzi ludzie z małym dzieckiem. Dziecko do niedawna jeździło sobie w wózku, więc sznaucer był do owego wózka przywiązywany i sobie maszerował przy nim. Niestety, dobre rzeczy szybko się kończą, więc dziecko zaczęło chodzić z mamą za rękę a pies... No właśnie. Pies jest puszczany luzem, na golasa i sobie hasa, hasa, hasa... Właścicielka z dzieckiem w jedną stronę, pies w drugą, biega trzy ulice dalej niż pańcia, obskakuje psy, zżera śmieci, ogólnie robi rozpierduchę. Tupanie i wydzieranie się na niego nie zniechęcają go do działania, wcale a wcale. Może zadziała gaz. Wiem, że nie powinnam krzywdzić tego psa, bo to nie jego wina, że ma panią bez mózgu, ale co ja mogę poradzić, jak pani nigdy nie ma w zasięgu wzroku...

 

Przypadek drugi. Sznaucerka mini* z małym chłopcem, może 10-letnim. RAZ widziałam ją na smyczy. Ogólnie biega luzem, wskakuje pod jadące samochody i w psie paszcze, widać lubi dziewczyna skoki adrenaliny. Raz gadałam przez chwilę z chłopcem, wytłumaczyłam, dlaczego pies powinien mieć smycz, bla bla bla, gadałam chyba z pięć minut, po czym chłopiec wskazał na mojego psa i spytał "A to piesek czy suczka?" więc opadły mi ręce i wszystko i teraz jak ich widzę to warczę, żeby chłopiec psa złapał i wypuścił dopiero, jak ja i Zu będziemy daleko.

 

Przypadek trzeci, pt: "Mój rasowy piesek się nie będzie bawił z KUNDLEM!". Otóż, nie wiem dlaczego, ale zdarza się czasem, że gdy jesteśmy na boisku, Zu sobie biega i nagle podbiega do niej coś "rasowego" po czym jest prawie natychmiast odwoływane przez właściciela. Przykre to, bo Zu raczej słabo się dogaduje z innymi psami, a akurat samiec westie* i suczka collie* przypadły jej do gustu (no dobra, Zu chciała kiedyś urwać collie łeb, bo jej właścicielka nie pomyślała o tym, że psy czasem bronią swoich zabawek przed obcymi, wow! ale bez zabawek chętnie się z nią bawiła) i widać było, że jej szkoda, jak po dwóch wspólnie przebiegniętych kółkach ten drugi pies nagle znika. Ale co ja mogę na to poradzić, pewnie mój kundel jest paskudny, brudny, ma pchły, wszy, grzybicę i padaczkę, a jako, że to wszystko na pewno jest zaraźliwe, to lepiej zawczasu zabrać swojego rasowca, nie?

 

Przypadek czwarty, pt: "Nie mogę opanować mojego yoraska*, maltańczyka* ani innego ozdobnika, bo jeju jeju jest takim słodkim wariatuńciem!", który osobiście doprowadza mnie do szału. Jak rozumiem, jeśli Zu kiedyś naprawdę się wkurzy za bezczelne ujadanie prosto w jej nos a później bezceremonialne wpychanie nosa w tyłek i przegryzie słodkie maleństwo na pół albo co najmniej uszkodzi to wtedy słodkie pańcie słodkich piesków się nauczą blokować guziczek flexi/łapać swoje słodkie pociechy na ręce (bo takie małe nie muszą mieć smyczy - to tak, jakbyście nie wiedzieli)?

 

Zbliżamy się do końca i absolutnego hitu - NOWI SĄSIEDZI! Woohoo! Otóż, nowi sąsiedzi posiadają psa i kota. Zacznijmy od psa - pies, cóż... Pies jest wyjątkowo nieudanym miksem pekińczyka/shih-tzu i chyba yorka, sądząc po dośc niewielkim wzroście, lejącym się włosie, płaskiej paszczy, przodozgryzie i wyłupiastych gałkach ocznych. Innymi słowy, jest dość wątpliwej urody, ale nie mnie to oceniać i właściwie nie o tym chciałam. Cóż, pies wychodzi z pańciem na smyczy. Brawo! Jednak, gdy wychodzi z pieskiem pańcia albo córeczka, zaczyna się jazda... Dzieciak wrzeszczy na psa, używając jego imienia, na co piesek puszcza się galopem w kierunku akurat go interesującym, niestety, na końcu jego toru jazdy znajduje się zwykle inny pies. Raz miałyśmy to nieszczęście, że akurat żywo zainteresował się Zuzolem, który akurat postanowił go pożreć. Szczęście w nieszczęściu, piesek reaguje na dość nieładne zwroty z potocznego języka polskiego. Pańcia zaś, spytana przez drugą sąsiadkę o to, czy nie boi się wychodzić z maluchem bez smyczy i że on tak podbiega a psy są różne przecież, wyburczała coś w sytulu: "A co to, z psem nie można wyjść?!". To już wiem, że jak ją spotkam to nie będzie miło. Gorzej z kotem... Kto, na litość boską, wypuszcza kota na dwór, mieszkając w bloku?!

 

Katastrofalny Osobnik Trzepnięty, w skrócie KOT. KOT jest wielkim, spasionym kocurem, który nie boi się psów. Ba! Mało tego, nie tylko nie boi się psów, ale jakby w ogóle nie zauważa ich istnienia. Często więc zdarza się, że KOT biegnie do mnie (raz go głasknęłam, idiotka!), nie patrząc na to, że po drodze wypada jakoś przejście obok Zu, która ma szaleństwo w oczach i zapewne posmak kociny w paszczy. Jak do tej pory obyło się bez rozlewu krwi, jednak muszę coś z tym zrobić, a boję się, że jeśli w końcu dojdzie do bezpośredniej konfrontacji, to obydwie strony będą poszkodowane. W związku z tym, jeśli Szanowni Czytelnicy mają jakiś pomysł pt.:"Co zrobić z KOTem?" proszę, aby się nie krępowali i podzielili się ze mną swoimi przemyśleniami. Mogłabym wykorzystać KOTa do odwrażliwiania Zu na koty (pracujemy ciężko, od natychmiastowego wyrwania pańci ręki ze stawu w pogoni za kotem osiągnęłyśmy stan, w którym pies potrafi prawie obojętnie minąć siedzącego sobie na uboczu kota) ale nie bardzo mam wizję, jak to uczynić. Jeśli zaszeleszczę workiem z psim żarciem, jestem prawie pewna, że KOT zaraz przyleci zobaczyć, czy to nie dla niego, więc dostanie w pysk od Zu, więc zaryje się jej pazurami w nos, na co ona odpowie ogniem, na co on się jeszcze bardziej rozjuszy, na co ona... No, i tak dalej. Chętnie użyłabym do tego klikera, ale właśnie - jak wychwycić odpowiedni moment? Jeśli KOT by nie reagował to spoko luz, ale on się niestety zbliża do nas świńskim truchcikiem za każdym razem, jak mnie zobaczy. Chyba będzie ciężko.

 

P.S. Pogoda jaka jest, każdy widzi, na dodatek ja jestem chora, więc cierpię na przewlekły niedobór zdjęć. Żeby jednak nie było, że psa przetopiłam na smalec i zjadłam, mogę Wam pokazać ulubioną pozycję wypoczynkową Zuzola na dywanie pt. "Na pumę" :)

 

zu - puma

 

PPS. Inspiracją do tytułu notki była rozmowa na GG z Netką od Baaja i Celara - pozdrawiamy!

 

* bardzo wątpię, że te psy są w pełni rasowe, czyli r=r, niemniej jednak, za każdym razem musiałabym dopisywać "miks-...", a to jest upierdliwe ;)

sobota, 06 listopada 2010

Rozbujałam się, więc siłą rozpędu powstanie kolejna notka :)

 

Skąd tytuł? Otóż, bo ja należę, jakby to rzec, do osób, które uważają, że pies potrzebuje pracy. Pracy fizycznej, ale także umysłowej. Ba, jestem skłonna nawet rzec, że praktycznie KAŻDY pies potrzebuje pracy, oczywiście w indywidualnie dobranej do danego osobnika dawce.

 

Dlaczego upieram się przy tym, że każdy pies powinien mieć jakieś zajęcie? Bo na co dzień widuję psy, które tej pracy nie mają - ich jedynym zadaniem jest biegać na dworze i siedzieć cicho w domu. Niektóre z tych psów przywykły do takiego życia, ale niestety większość z nich nie do końca zgadza się na rolę ożywionego mebla i sprawiają swoim właścicielom różne problemy. Od zajadłego obszczekiwania wszelkich ludzi i psów spotykanych na spacerze, poprzez pożeranie wszystkiego, co wpadnie im w paszcze pod nieobecność właścicieli, z zachowaniami agresywnymi w stosunku do innych psów a czasem też ludzi włącznie.

 

Moja suka jest dość aktywnym psem. Nie wyobrażam sobie obecnie, że mogłabym mieć psa, z którym nie da się czego robić - z Zuzanką bawimy się w różne sztuczki, aportowanie, frisbowanie, czasem w agility (obecnie mamy przerwę ze względu na kontuzję), ćwiczymy też elementy posłuszeństwa. Czasem patrzę na zdziwione miny przechodniów, bo jak to tak, męczyć takiego małego pieska?! Szkoda tylko, że nie wiedzą, że gdy ten mały piesek nie dostaje swojej dziennej porcji ruchu i zajęcia to zaczyna tańczyć po ścianach (wiem, wiem, sama chciałam, to mam ;)). Nie wiedzą też zazwyczaj o tym, że właśnie takimi pierdołkami, sztuczkami, prostymi komendami budujemy jedyną w swoim rodzaju więź z psem, męczymy psa psychicznie i fizycznie.

 

Obecnie mam porównanie - pies od dwóch tygodni nie biega, bo nadwerężył kolano i jest wprot nieznośny. Staram się wymyślać jej coraz to nowe zajęcia umysłowe, ale ona by chciała biegać, biegać, aportować, frisbować, biegać, biegać, biegać! Czekamy tylko na zielone światło od weta i wracamy powoli do regularnych treningów. Dlaczego? Bo zmęczony pies to szczęśliwy pies :)

 

zu na wyprawie

 

Trochę filozoficznie i moralizatorsko wyszło. Niechcący :)

... należałoby się przedstawić, czy coś tam. Ale mniejsza o to, czas przedstawić główną bohaterkę i niejako istotę tego bloga - Zuzankę z Nowodworu.

Wczesne losy Zuzanki nie są nikomu znane. Faktem jednak jest, że w maju 2009r. trafiła do schroniska w Nowodworze koło Lubartowa, w którym od czasu do czasu bywałam wraz z grupą dziewczyn z Lublina i Zamościa, żeby wyszukiwać psy, które naszym zdaniem jak najlepiej nadawały się do adopcji bądź też takie, które sobie w schronisku absolutnie nie radziły. Ale nie o tym chciałam.

Zuzanka trwała sobie w schroniskowym boksie, a my nie wiedziałyśmy o jej istnieniu... Dlaczego? Otóż dlatego, że suczka prakycznie przez pół roku mało wychodziła w ogóle z budy, zastraszana i dominowana przez inne psy, zwłaszcza przez dużego samca. Pewnego styczniowego dnia okazało się, że tego psa już w tym boksie nie ma i naszym oczom ukazała się mała, poczochrana czarna kulka, z pozamarzanymi włosami i delikatnym uśmieszkiem:

 

zu w boksie

Osobiście mnie rozłożyła na łopatki. Tu powinnam ewentualnym Czytelnikom wyjaśnić, że ja preferuję, jakby to ująć, zupełnie inny typ psa. Dla mnie pies to co najmniej 25 kilogramów, zawsze traktowałam małe psy jako jazgotliwe maskotki bez własnej osobowości... Jak się okazało, całkowicie się myliłam :)

Postanowiłyśmy zatem, że wraz z dwoma jamnikami, wyciągniemy do hoteliku także Zuzę. Pierwsza wizyta u weterynarza przebiegła całkiem normalnie (pomijam, że jeden z jamników chciał ześć weterynarza - one tak mają, te jamniki znaczy się) a sympatyczny pan weterynarz stwierdził, że zwierzaczki są zdrowe jak rydze. Rzeczywistośc okazała się jednak mniej łaskawa, przede wszystkim dla czarnej - okazało się, że oprócz pasażerów na gapę ma także kaszel kennelowy i początek zapalenia płuc. Zamiast hoteliku dla zwierzat trafiła więc do psiego szpitala. W szpitaliku wszystkim skradła serca, nawet jeden z weterynarzy zastanawiał się nad zabraniem suczki do siebie, jednak nic z tego nie wyszło. Nawet w szpitalu Zu wykazywała charakterystyczną dla siebie pogodę ducha:

zu w szpitaliku

Wkrótce leczenie zostało zakończone i Zuzanka przeprowadziła się do Domu Tymczasowego na terenie Lublina, a ja ciągle myślałam, jak to zrobić, żeby ją zaadoptować. W końcu postawiłam wszystko na jedną kartę i po prostu przywiozłam psa do domu. Nie obyło się bez awantury, jednak swoimi uśmieszkami, tańczeniem i pomrukiwaniem suczka szybko kupiła wszystkich domowników. Takim oto sposobem od 13 marca 2010r. Zuzanka z Nowodworu jest moja :D