mały pies w wielkim świecie
RSS
poniedziałek, 13 grudnia 2010

Notka miała być inna, ale jeszcze będzie na nią czas. Postanowiłam sobie tutaj uporządkować pewne sprawy przy porannej herbacie, a że tematycznie się to trzyma kupy, bo przecież psów dotyczy, to Zu się nie obrazi, że na jej blogu to ma miejsce ;)

 

Jakoś tak wyszło, że miałam wczoraj okazję poznać na żywo prawdziwego, żywego Czechosłowackiego Wilczaka :) Pełne imię przystojnego kawalera brzmi Beriet Baaj Galicyjski Wilk. Baajobloga można znaleźć w zakładkach po lewej stronie - a właściwie to baajocelarobloga, o Celarze też będzie za chwil kilka.

 

Nie ukrywam, że wilczaki straszliwie mnie kręcą. Po okresowych fascynacjach różnymi rasami, w tym nawet syberyjskimi husky (zdecydowanie jednak nie mój typ charakteru, jeśli chodzi o współpracę z człowiekiem) nadeszła pora na fascynację wilczakami. Cóż się dziwić, są piękne, wilcze, magiczne – nic dziwnego, że przeciętnego człowieka potrafią wprowadzić w zachwyt. Ja w zachwycie trwam od jakichś dwóch lat, ciekawe tylko, co z tego wyniknie ;)

 

Jechałam na miejsce spotkania pełna obaw, jak to będzie stanąć oko w oko z dorosłym samcem, któremu może niezbyt łatwo pójdzie akceptacja jakiejś zupełnie obcej baby. Baaj bardzo miło mnie zaskoczył. Podchodząc do całej trójki, czyli Baaja i jego ludzi – Netki i M., starałam się zrobić to w taki sposób, żeby jak najmniej go zestresować, w końcu gdzieś w mózgu cały czas tkwiło mi przekonanie, że dla wilczaka jego stado to świętość. Nie wiem, czy właściwie interpretowałam jego zachowania i na ile trafione było moje postępowanie, ale postanowiłam go na początku delikatnie zignorować, a zaczęłam normalną rozmowę z Netką. Pies zaniepokoił się jakoś wyraźniej w momencie, gdy witałam się z Netką i M. – nic dziwnego, ktoś obcy dotyka mamy i taty, aaaaaa! Chwilę później jednak wyruszyliśmy, M. z Baajem na przedzie, my z tyłu, i na moje oko Baaj wyluzował, chociaż co chwilę sprawdzał, czy Netka na pewno idzie z tyłu i czy jej nie pożarłam :) W mieszkaniu natomiast co chwilę sprawdzał, czy tym razem dam sobie wylizać twarz i okolice (zaliczyłam nawet liza w ucho). Ogólnie jednak zajmował się spaniem na moich stopach albo jęczeniem o sernik (mam nadzieję, że ten ostatni naprawdę był dobry, a nie, że baajowi państwo nie chcieli mi robić przykrości, hihihi).

 

Celar Zymft z Emira jest psiakiem po przejściach, podobnie jak moja Zuzanka. Jest cudownym, ciepłym psem o pięknej budowie, zachwycającej muskulaturze i spojrzeniu dostępnym chyba tylko dla „takich” psiaków, pt. „Jestem tylko biednym pieskiem ze schroniska, jak tak dalej będziesz na mnie krzyczeć, to zachoruję i umrę! Zobaczysz!”. Rozbroiło mnie to kompletnie, bo Zu robi to samo, jak dostanie ochrzan.

 

Co mnie rozczarowało? No, myślałam, że Baaj mi się rzuci do gardła czy coś tam, albo jeśli nie Baaj to chociaż Celar, a tu nic :D Cóż, obserwuję od jakiegoś czasu na forach, a właściwie głównie na jednym, jakieś takie przekonanie, że wilczaki to nadpsy, niemal wilki w czystej postaci, które w łaskawości swojej ledwie tolerują ludzi, nie nadają się do szkolenia, no i w ogóle jak cokolwiek dzieje się złego czy choćby niepozytywnego, to zawsze można to wytłumaczyć słowami „Przecież to wilczak!!!”.

 

Zobaczyłam wilczaka, który umie funkcjonować w mieście. Który nie zwraca uwagi na podgryzające go małe stworzonka, które z jazgotem obskakiwały wilka złego. Który potrafi bronić innych psów przed tymi ujadaczami. Któremu frajdę sprawia praca z jego ludźmi (nawet jeśli kolega tego samego gatunku usiłuje przeszkadzać w ćwiczeniach, bo może też mu coś skapnie). Wilczaka, który po chwili obawy w stosunku do śnieżnego bałwana całkiem na luzie ukradł mu drewniany nos :) Wilczaka, który uznawszy, że jego przewodnicy akceptują obcą osobę i wprowadzają ją do domu, stwierdził, że wszystko jest w całkowitym porządku i nie warto się tym w ogóle przejmować. Wilczaka, który sobie daje zaglądać w paszczę i daje się dotykać obcej osobie. Wilczaka, który aportuje, ha! Zobaczyłam normalnego PSA, owszem, bardziej może pobudliwego, o czujnym spojrzeniu jasnych oczu, o większym repertuarze dźwięków wydawanych za pomocą paszczy, bardzo silnie związanego ze swoimi opiekunami, wrażliwego ale przy tym stabilnego psychicznie. Wiem, że bardzo duża część tych umiejętności, które widziałam, to wynik ciężkiej pracy ludzi, którzy psa układali, którzy mieszkają z nim na co dzień, którzy – co tu kryć – są dla niego wszystkim. I wiem już, że wilczak to jednak ciągle nadal po prostu pies, a nie wilk uwięziony w psiej postaci. Nie wiem, czy dane mi będzie mieć kiedyś swojego CSV. Ale przekonałam się, że nie należy ślepo wierzyć w słowa pisane… Papier wszystko przyjmie, podobnie jak klawiatura :)

 

I bardzo, bardzo cieszę się, że mogłam poznać Baaja, Celarka oraz Netkę i jej M. Było mi bardzo miło, czas, jak to on zwykle, upłynął w sympatycznej atmosferze o wiele za szybko.

 

Żeby nie było, Zu ma się dobrze. Nudzi już ją trochę śnieg i jęczy na śniegowe kulki między palcami. W prezencie gwiazdkowym dostała od pewnej firmy szyjącej obroże swoją super-szeroką obrożę, która być może umożliwi nam wreszcie normalną pracę także na smyczy a nie tylko luzem. Czas pokaże. Kto dotrwał do końca tego elaboratu może sobie w nagrodę obejrzeć zimowego Zuza (który znajduje się w NAJMNIEJ zaśnieżonym miejscu, jakie mamy):

 

zimowezu

 

Oraz zmarzniętego piłkowymuszacza:

piłkojęczak

12:26, evel_em
Link Komentarze (1) »
środa, 24 listopada 2010

No tak. Ogólnie rzecz ujmując, moja psina po urazie kolanka, a więc usmyczowiona na czas długi, psychicznie zaczęła w trybie przyspieszonym wracać do sytuacji z marca, czyli rzucam się na wszystkie psy, dziab dziab dziab! Tym razem jednak prostowanie idzie szybciej, aczkolwiek byłoby miło, gdyby ludzie na moim osiedlu nie posiadali mózgów umiejscowionych w zadniej części ciała zamiast w głowie.

 

Zacznijmy Studium Przypadków Dość Dziwnych od sznaucera średnio-olbrzymiego*. Właścicielami sznaucera są młodzi ludzie z małym dzieckiem. Dziecko do niedawna jeździło sobie w wózku, więc sznaucer był do owego wózka przywiązywany i sobie maszerował przy nim. Niestety, dobre rzeczy szybko się kończą, więc dziecko zaczęło chodzić z mamą za rękę a pies... No właśnie. Pies jest puszczany luzem, na golasa i sobie hasa, hasa, hasa... Właścicielka z dzieckiem w jedną stronę, pies w drugą, biega trzy ulice dalej niż pańcia, obskakuje psy, zżera śmieci, ogólnie robi rozpierduchę. Tupanie i wydzieranie się na niego nie zniechęcają go do działania, wcale a wcale. Może zadziała gaz. Wiem, że nie powinnam krzywdzić tego psa, bo to nie jego wina, że ma panią bez mózgu, ale co ja mogę poradzić, jak pani nigdy nie ma w zasięgu wzroku...

 

Przypadek drugi. Sznaucerka mini* z małym chłopcem, może 10-letnim. RAZ widziałam ją na smyczy. Ogólnie biega luzem, wskakuje pod jadące samochody i w psie paszcze, widać lubi dziewczyna skoki adrenaliny. Raz gadałam przez chwilę z chłopcem, wytłumaczyłam, dlaczego pies powinien mieć smycz, bla bla bla, gadałam chyba z pięć minut, po czym chłopiec wskazał na mojego psa i spytał "A to piesek czy suczka?" więc opadły mi ręce i wszystko i teraz jak ich widzę to warczę, żeby chłopiec psa złapał i wypuścił dopiero, jak ja i Zu będziemy daleko.

 

Przypadek trzeci, pt: "Mój rasowy piesek się nie będzie bawił z KUNDLEM!". Otóż, nie wiem dlaczego, ale zdarza się czasem, że gdy jesteśmy na boisku, Zu sobie biega i nagle podbiega do niej coś "rasowego" po czym jest prawie natychmiast odwoływane przez właściciela. Przykre to, bo Zu raczej słabo się dogaduje z innymi psami, a akurat samiec westie* i suczka collie* przypadły jej do gustu (no dobra, Zu chciała kiedyś urwać collie łeb, bo jej właścicielka nie pomyślała o tym, że psy czasem bronią swoich zabawek przed obcymi, wow! ale bez zabawek chętnie się z nią bawiła) i widać było, że jej szkoda, jak po dwóch wspólnie przebiegniętych kółkach ten drugi pies nagle znika. Ale co ja mogę na to poradzić, pewnie mój kundel jest paskudny, brudny, ma pchły, wszy, grzybicę i padaczkę, a jako, że to wszystko na pewno jest zaraźliwe, to lepiej zawczasu zabrać swojego rasowca, nie?

 

Przypadek czwarty, pt: "Nie mogę opanować mojego yoraska*, maltańczyka* ani innego ozdobnika, bo jeju jeju jest takim słodkim wariatuńciem!", który osobiście doprowadza mnie do szału. Jak rozumiem, jeśli Zu kiedyś naprawdę się wkurzy za bezczelne ujadanie prosto w jej nos a później bezceremonialne wpychanie nosa w tyłek i przegryzie słodkie maleństwo na pół albo co najmniej uszkodzi to wtedy słodkie pańcie słodkich piesków się nauczą blokować guziczek flexi/łapać swoje słodkie pociechy na ręce (bo takie małe nie muszą mieć smyczy - to tak, jakbyście nie wiedzieli)?

 

Zbliżamy się do końca i absolutnego hitu - NOWI SĄSIEDZI! Woohoo! Otóż, nowi sąsiedzi posiadają psa i kota. Zacznijmy od psa - pies, cóż... Pies jest wyjątkowo nieudanym miksem pekińczyka/shih-tzu i chyba yorka, sądząc po dośc niewielkim wzroście, lejącym się włosie, płaskiej paszczy, przodozgryzie i wyłupiastych gałkach ocznych. Innymi słowy, jest dość wątpliwej urody, ale nie mnie to oceniać i właściwie nie o tym chciałam. Cóż, pies wychodzi z pańciem na smyczy. Brawo! Jednak, gdy wychodzi z pieskiem pańcia albo córeczka, zaczyna się jazda... Dzieciak wrzeszczy na psa, używając jego imienia, na co piesek puszcza się galopem w kierunku akurat go interesującym, niestety, na końcu jego toru jazdy znajduje się zwykle inny pies. Raz miałyśmy to nieszczęście, że akurat żywo zainteresował się Zuzolem, który akurat postanowił go pożreć. Szczęście w nieszczęściu, piesek reaguje na dość nieładne zwroty z potocznego języka polskiego. Pańcia zaś, spytana przez drugą sąsiadkę o to, czy nie boi się wychodzić z maluchem bez smyczy i że on tak podbiega a psy są różne przecież, wyburczała coś w sytulu: "A co to, z psem nie można wyjść?!". To już wiem, że jak ją spotkam to nie będzie miło. Gorzej z kotem... Kto, na litość boską, wypuszcza kota na dwór, mieszkając w bloku?!

 

Katastrofalny Osobnik Trzepnięty, w skrócie KOT. KOT jest wielkim, spasionym kocurem, który nie boi się psów. Ba! Mało tego, nie tylko nie boi się psów, ale jakby w ogóle nie zauważa ich istnienia. Często więc zdarza się, że KOT biegnie do mnie (raz go głasknęłam, idiotka!), nie patrząc na to, że po drodze wypada jakoś przejście obok Zu, która ma szaleństwo w oczach i zapewne posmak kociny w paszczy. Jak do tej pory obyło się bez rozlewu krwi, jednak muszę coś z tym zrobić, a boję się, że jeśli w końcu dojdzie do bezpośredniej konfrontacji, to obydwie strony będą poszkodowane. W związku z tym, jeśli Szanowni Czytelnicy mają jakiś pomysł pt.:"Co zrobić z KOTem?" proszę, aby się nie krępowali i podzielili się ze mną swoimi przemyśleniami. Mogłabym wykorzystać KOTa do odwrażliwiania Zu na koty (pracujemy ciężko, od natychmiastowego wyrwania pańci ręki ze stawu w pogoni za kotem osiągnęłyśmy stan, w którym pies potrafi prawie obojętnie minąć siedzącego sobie na uboczu kota) ale nie bardzo mam wizję, jak to uczynić. Jeśli zaszeleszczę workiem z psim żarciem, jestem prawie pewna, że KOT zaraz przyleci zobaczyć, czy to nie dla niego, więc dostanie w pysk od Zu, więc zaryje się jej pazurami w nos, na co ona odpowie ogniem, na co on się jeszcze bardziej rozjuszy, na co ona... No, i tak dalej. Chętnie użyłabym do tego klikera, ale właśnie - jak wychwycić odpowiedni moment? Jeśli KOT by nie reagował to spoko luz, ale on się niestety zbliża do nas świńskim truchcikiem za każdym razem, jak mnie zobaczy. Chyba będzie ciężko.

 

P.S. Pogoda jaka jest, każdy widzi, na dodatek ja jestem chora, więc cierpię na przewlekły niedobór zdjęć. Żeby jednak nie było, że psa przetopiłam na smalec i zjadłam, mogę Wam pokazać ulubioną pozycję wypoczynkową Zuzola na dywanie pt. "Na pumę" :)

 

zu - puma

 

PPS. Inspiracją do tytułu notki była rozmowa na GG z Netką od Baaja i Celara - pozdrawiamy!

 

* bardzo wątpię, że te psy są w pełni rasowe, czyli r=r, niemniej jednak, za każdym razem musiałabym dopisywać "miks-...", a to jest upierdliwe ;)

sobota, 06 listopada 2010

Rozbujałam się, więc siłą rozpędu powstanie kolejna notka :)

 

Skąd tytuł? Otóż, bo ja należę, jakby to rzec, do osób, które uważają, że pies potrzebuje pracy. Pracy fizycznej, ale także umysłowej. Ba, jestem skłonna nawet rzec, że praktycznie KAŻDY pies potrzebuje pracy, oczywiście w indywidualnie dobranej do danego osobnika dawce.

 

Dlaczego upieram się przy tym, że każdy pies powinien mieć jakieś zajęcie? Bo na co dzień widuję psy, które tej pracy nie mają - ich jedynym zadaniem jest biegać na dworze i siedzieć cicho w domu. Niektóre z tych psów przywykły do takiego życia, ale niestety większość z nich nie do końca zgadza się na rolę ożywionego mebla i sprawiają swoim właścicielom różne problemy. Od zajadłego obszczekiwania wszelkich ludzi i psów spotykanych na spacerze, poprzez pożeranie wszystkiego, co wpadnie im w paszcze pod nieobecność właścicieli, z zachowaniami agresywnymi w stosunku do innych psów a czasem też ludzi włącznie.

 

Moja suka jest dość aktywnym psem. Nie wyobrażam sobie obecnie, że mogłabym mieć psa, z którym nie da się czego robić - z Zuzanką bawimy się w różne sztuczki, aportowanie, frisbowanie, czasem w agility (obecnie mamy przerwę ze względu na kontuzję), ćwiczymy też elementy posłuszeństwa. Czasem patrzę na zdziwione miny przechodniów, bo jak to tak, męczyć takiego małego pieska?! Szkoda tylko, że nie wiedzą, że gdy ten mały piesek nie dostaje swojej dziennej porcji ruchu i zajęcia to zaczyna tańczyć po ścianach (wiem, wiem, sama chciałam, to mam ;)). Nie wiedzą też zazwyczaj o tym, że właśnie takimi pierdołkami, sztuczkami, prostymi komendami budujemy jedyną w swoim rodzaju więź z psem, męczymy psa psychicznie i fizycznie.

 

Obecnie mam porównanie - pies od dwóch tygodni nie biega, bo nadwerężył kolano i jest wprot nieznośny. Staram się wymyślać jej coraz to nowe zajęcia umysłowe, ale ona by chciała biegać, biegać, aportować, frisbować, biegać, biegać, biegać! Czekamy tylko na zielone światło od weta i wracamy powoli do regularnych treningów. Dlaczego? Bo zmęczony pies to szczęśliwy pies :)

 

zu na wyprawie

 

Trochę filozoficznie i moralizatorsko wyszło. Niechcący :)

... należałoby się przedstawić, czy coś tam. Ale mniejsza o to, czas przedstawić główną bohaterkę i niejako istotę tego bloga - Zuzankę z Nowodworu.

Wczesne losy Zuzanki nie są nikomu znane. Faktem jednak jest, że w maju 2009r. trafiła do schroniska w Nowodworze koło Lubartowa, w którym od czasu do czasu bywałam wraz z grupą dziewczyn z Lublina i Zamościa, żeby wyszukiwać psy, które naszym zdaniem jak najlepiej nadawały się do adopcji bądź też takie, które sobie w schronisku absolutnie nie radziły. Ale nie o tym chciałam.

Zuzanka trwała sobie w schroniskowym boksie, a my nie wiedziałyśmy o jej istnieniu... Dlaczego? Otóż dlatego, że suczka prakycznie przez pół roku mało wychodziła w ogóle z budy, zastraszana i dominowana przez inne psy, zwłaszcza przez dużego samca. Pewnego styczniowego dnia okazało się, że tego psa już w tym boksie nie ma i naszym oczom ukazała się mała, poczochrana czarna kulka, z pozamarzanymi włosami i delikatnym uśmieszkiem:

 

zu w boksie

Osobiście mnie rozłożyła na łopatki. Tu powinnam ewentualnym Czytelnikom wyjaśnić, że ja preferuję, jakby to ująć, zupełnie inny typ psa. Dla mnie pies to co najmniej 25 kilogramów, zawsze traktowałam małe psy jako jazgotliwe maskotki bez własnej osobowości... Jak się okazało, całkowicie się myliłam :)

Postanowiłyśmy zatem, że wraz z dwoma jamnikami, wyciągniemy do hoteliku także Zuzę. Pierwsza wizyta u weterynarza przebiegła całkiem normalnie (pomijam, że jeden z jamników chciał ześć weterynarza - one tak mają, te jamniki znaczy się) a sympatyczny pan weterynarz stwierdził, że zwierzaczki są zdrowe jak rydze. Rzeczywistośc okazała się jednak mniej łaskawa, przede wszystkim dla czarnej - okazało się, że oprócz pasażerów na gapę ma także kaszel kennelowy i początek zapalenia płuc. Zamiast hoteliku dla zwierzat trafiła więc do psiego szpitala. W szpitaliku wszystkim skradła serca, nawet jeden z weterynarzy zastanawiał się nad zabraniem suczki do siebie, jednak nic z tego nie wyszło. Nawet w szpitalu Zu wykazywała charakterystyczną dla siebie pogodę ducha:

zu w szpitaliku

Wkrótce leczenie zostało zakończone i Zuzanka przeprowadziła się do Domu Tymczasowego na terenie Lublina, a ja ciągle myślałam, jak to zrobić, żeby ją zaadoptować. W końcu postawiłam wszystko na jedną kartę i po prostu przywiozłam psa do domu. Nie obyło się bez awantury, jednak swoimi uśmieszkami, tańczeniem i pomrukiwaniem suczka szybko kupiła wszystkich domowników. Takim oto sposobem od 13 marca 2010r. Zuzanka z Nowodworu jest moja :D

1 , 2